Karabiny i krynoliny

Gdy w 1863 roku w Puszczy Kampinoskiej Rosjanie wieszali warszawskich studentów, Paryż żył skandalami, a Londyńczycy testowali pierwsze na świecie metro.


źródło: Grafika z kolekcji Krzysztofa Kura

Gdyby w 1863 roku istniały kolorowe pisma kobiece, na ich okładkach najczęściej gościłaby francuska cesarzowa Eugenia. Żona Napoleona III była  niekwestionowaną ikoną stylu. To dzięki niej na europejskie salony wróciła haute couture z czasów przedrewolucyjnych. Wielkie krynoliny poza salami balowymi sprawdzały się średnio, trudno było w nich usiąść, lecz moda to okrutna bogini – często wymaga od swych wyznawczyń poświęcenia.

Czytaj też: Francja wobec powstania styczniowego: Od entuzjazmu do obojętności»

Eugenia i jej damy dworu lubiły być podziwiane – stąd wziął się zwyczaj przejażdżek po Lasku Bulońskim. „Krynolina chyba po to została stworzona, by jej wzburzone fałdy wystawiać na pokaz w otwartym powozie” – zachwycał się pewien Anglik.  Stroju ówczesnej elegantki dopełniał jedwabny szal, kapelusik wiązany wstążką pod brodą, mała parasolka oraz wachlarz, stylizowany na XVIII wiek.


źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie

Po wojnie o zjednoczenie Włoch mile widziane stały się akcenty militarne: podpatrzone u żuawów czarna kamizelka i czerwona koszula Garibaldiego. Wśród kolorów rządziły: róż (Magenta) i brunatnopurpurowy (Solferino). Sztandarowym kurortem Drugiego Cesarstwa było Biarritz, gdzie Eugenia miała swój letni pałacyk. Neobarokowy kostium budowli skrywał żelbetonową konstrukcję. I taka to była epoka – zerkająca wstecz, lecz zafascynowana nowoczesnością.

Obejrzyj spot „Czarny krzyżyk”»


źródło: Grafika z kolekcji Krzysztofa Kura

Powstańcom styczniowym często zarzucano brak orientacji w sytuacji międzynarodowej. Tymczasem ich nadzieje całkowicie zgadzały się z duchem czasu. Od wojny krymskiej Europą wstrząsały konwulsje, które zdawały się porodowymi. Skończyło się Święte Przymierze. Trzej zaborcy spoglądali na siebie wilkiem. Liberalizm triumfował, padały kolejne bastiony starego porządku. Jako przyszłość ludzkości jawiły się  narodowe państwa i demokratyczne konstytucje. Wojny miały zniknąć wraz z despotyzmem.

Czytaj też: Wielka Brytania wobec powstania styczniowego»

Nowa era stworzyła nowych bohaterów, takich jak Giuseppe Garibaldi, kondotier rewolucji Ludwik Mierosławski i rosyjski radykał Michał Bakunin. Ten ostatni, przyjaciel Słowackiego, w 1861 roku uciekł z zesłania i przez Amerykę dotarł do Londynu.  Rwał się do powstańczych szeregów, lecz Polacy nie mieli do niego zaufania. „Ze spokojną i niewinną miną zachwalał rozbestwienie najniższych instynktów człowieka. Według niego im więcej zostawi się tłumom swobody, tym będą one szczęśliwsze” – wspominał ze zgrozą Władysław Mickiewicz, syn wieszcza. Za kilka lat Bakunin napisze zionący nienawiścią do XIX-wiecznego społeczeństwa „Katechizm rewolucjonisty” i stanie się patronem „nihilistów” (ten termin pojawił się po raz pierwszy w powieści Iwana Turgieniewa „Ojcowie i dzieci” z 1861 roku).


źródło: Grafika z kolekcji Krzysztofa Kura

Chętnych do zmieniania świata było wówczas więcej. W Londynie Karol Marks rozwijał teorię socjalizmu naukowego, po drugiej stronie kanału La Manche wykuwała się myśl socjaldemokratyczna. W maju 1863 roku Wrocławianin Ferdinand Lasalle założył Powszechny Niemiecki Związek Robotniczy, którego celem była „rewolucja bez rewolucji”.

Konserwatystom brakowało przywódcy. Żaden z ówczesnych monarchów nie przekroczył granicy przeciętności. Napoleon III wysyłał sprzeczne sygnały. Jednego dnia pozował na przyjaciela ludu i wybawcę uciśnionych narodów. Drugiego przypominał sobie, że donkiszoteria nie popłaca, a sojusz tronu i ołtarza to najpewniejszy sposób na utrwalenie władzy i dynastii. Nawet zatwardziali bonapartyści czuli się skołowani.

Bismarck został premierem Prus we wrześniu 1862 i jego gwiazda jeszcze nie zdążyła rozbłysnąć. Polacy pierwsi mieli się przekonać o jego politycznych talentach.


źródło: Muzeum Wojska Polskiego

Lincoln kuł żelazo, póki gorące. Kazał przyjmować Murzynów do armii Unii, co wywołało histerię na Południu. Tamtejszy rząd ogłosił od razu, że oficerowie dowodzący takimi jednostkami będą rozstrzeliwani bez sądu. Dekret pozostał jednak na papierze, bo konfederaci obawiali się krwawego odwetu. Niewolnicy usłuchali apelu Lincolna. Nie dokonywali „niepotrzebnych aktów gwałtu”, lecz gremialnie opuszczali farmy i plantacje bawełny, osłabiając i tak robiącą bokami gospodarkę Południa.

Na Północy głowiono się, co zrobić z wyzwoleńcami. Plan prezydenta, by osiedlić ich w panamskiej dżungli lub na Haiti, spalił na panewce. Kosztów przetransportowania i wywianowania na nową drogę życia czterech milionów ludzi nie udźwignąłby żaden budżet. Zresztą Murzyni nie chcieli nigdzie wyjeżdżać.


źródło: Muzeum Narodowe w Warszawie

Noworoczna proklamacja miała tę zaletę, że szala sympatii europejskiej opinii publicznej zdecydowanie przechyliła się w stronę Unii. Nawet mieszkańcy włókienniczego Manchesteru, którzy z powodu blokady konfederackich portów dostali mocno po kieszeni, wystosowali do Lincolna list z gratulacjami. Państwa, które nosiły się z zamiarem uznania secesyjnego rządu, co byłoby wstępem do militarnej interwencji, zastygły w oczekiwaniu.

Na polu bitwy unionistom wiodło się o wiele gorzej. W maju Armia Potomacu mimo dwukrotnej przewagi dała się pobić generałowi Lee pod Chancellorsville. Postawa wojskowych, notorycznie unikających odważniejszych działań i związanej z tym odpowiedzialności, doprowadzała prezydenta  do białej gorączki. Gotów był uwierzyć, że generał Grant faktycznie jest „biednym, zapijaczonym imbecylem”, o czym zapewniał go pewien dziennikarz z Cincinnati.

Wojna, nazywana „drugą rewolucją amerykańską”, wlokła się już trzeci rok i skutecznie odciągała uwagę zachodnich mocarstw od polskiego powstania. Dawne północnoamerykańskie kolonie o wiele więcej znaczyły bowiem na gospodarczej mapie świata niż ziemie byłej Rzeczpospolitej. W lipcu morale federalnych  podniosła krwawa bitwa pod Gettynsburgiem. Największa batalia w dziejach kontynentu definitywnie zatrzymała ofensywę Południa. Grant wytrzeźwiał i zdobył twierdzę Vicksburg, co oznaczało opanowanie przez armie  Unii całego biegu Missisipi oraz przecięcie zbuntowanych terytoriów na pół. W listopadzie konfederaci ponieśli klęskę pod Chattanooga i Lincoln mógł poważnie zacząć myśleć o powojennej „rekonstrukcji” Południa.

Zamieszanie na północ od Rio Grande próbował wykorzystać Napoleon III. Od początku roku Europa z zapartym tchem śledziła francuską ofensywę w Meksyku. Oficjalnie jej celem było osadzenie na tronie tego kraju Maksymiliana Habsburga, brata austriackiego cesarza Franciszka Józefa (ten przezornie odciął się od całej awantury).

Ambicje Paryża sięgały jednak znacznie dalej: stworzenia w Ameryce Łacińskiej państwa, które było przeciwwagą dla anglosaskiej Północy. W styczniu interwenci zbombardowali Veracruz, w marcu 30-tysięczna francuska 
armia zaatakowała Pueblę. Po dwumiesięcznym oblężeniu twierdza skapitulowała. „Cesarz będzie miał teraz ręce swobodniejsze do zajęcia się Polską” – cieszył się krakowski „Czas”. Przedwcześnie. Nawet zajęcie stolicy kraju nie położyło kresu wojnie, która przeszła w fazę partyzancką. W końcu pod naciskiem Stanów Zjednoczonych Francuzi wycofali się z Meksyku. Maksymilian nie chciał uciekać. W 1867 roku stanął przed plutonem egzekucyjnym.

Najszczęśliwszy 
z ludzi

Anglicy cieszyli się z kłopotów cara, ale umierać za Polaków nie zamierzali. Ich imperium zyskało za to kolejny powód do dumy: metro. Londyńska kolej podziemna, najstarsza na świecie, wystartowała 10 stycznia 1863 roku. Oddany do użytku odcinek z dworca Paddington do Forringdon Street nie miał nawet pięciu kilometrów długości, ale dla ludzkości był to prawdziwy skok cywilizacyjny. Tunel budowano metodą „wykop i przykryj”. Losy inwestycji, zbawiennej dla zakorkowanego miasta, ważyły się długo. Podobno przeważył argument natury militarnej: „wojska Jej Królewskiej Mości w razie inwazji szybciej osiągną brzeg wyspy, jeśli tunelem ominą zatłoczone centrum”.

Londyńczycy jeszcze nie zdążyli przyzwyczaić się do metra, a już mieli kolejny powód do świętowania. 10 marca odbył się ślub następcy brytyjskiego tronu z księżniczką duńską Aleksandrą. 21-letni Albert Edward (dla rodziny i przyjaciół – Bertie) był czarującym bon vivantem.  W Europie huczało od plotek o jego namiętności do hazardu i romansach z aktoreczkami.

Królowa Wiktoria, od 15 miesięcy w głębokiej żałobie po śmierci męża, chciała jak najszybciej ożenić syna. Z sobie tylko znanych powodów uparła się, by ślub został zawarty w kaplicy na zamku w Windsorze zamiast w katedrze św. Pawła lub Westminsterskiej. Zmusiła też narzeczonych do złożenia wizyty w mauzoleum Alberta („On daje wam swoje błogosławieństwo”).

Królowa, choćby chciała, nie była jednak w stanie powstrzymać entuzjazmu poddanych. Gdy  jacht z Aleksandrą pojawił się na Tamizie, na jej spotkanie wypłynęły setki łódek. Już na lądzie, w drodze do Windsoru, zachwycony tłum wielokrotnie  zatrzymywał orszak weselny. „Kurier Warszawski” donosił, że za wynajęcie okna z widokiem trzeba było tego dnia zapłacić 8 tysięcy złotych polskich, a królewski cukiernik przygotował  z okazji ślubu następcy tronu czteropiętrowy tort.

Londyn i inne miasta brytyjskie były iluminowane. Zanotowano też inny objaw monarchicznych sympatii. Liczne pary zawierały związek małżeński tego samego dnia co przyszły Edward VII (według „Timesa” „najszczęśliwszy z ludzi”). Alfred Tennyson, najlepszy poeta epoki wiktoriańskiej, uczcił przybycie Aleksandry do Anglii stosowną odą. Za młodu zdarzyło mu się napisać wiersz „Polska po upadku powstania” – rzecz jasna listopadowego.

Królowa nie wzięła udziału w uroczystościach ani w rodzinnym obiedzie, choć sam ślub obserwowała z loży w prezbiterium. Drażniła ją popularność młodej pary, doszły też do jej uszu plotki o abdykacji na rzecz syna. „Alix” wypełniła zadanie, rodząc sześcioro dzieci. Z anielską cierpliwością znosiła fochy teściowej i wyskoki Bertiego. Pomagała jej w tym rozwijająca się głuchota.

Paradoksalnie, im bardziej rewolucja przemysłowa zmieniała życie Brytyjczyków, tym chętniej uciekali oni w średniowiecze, traktowane jako kraina niewinności. Najbardziej prestiżowym budynkom nadawano neogotycką formę. Wyrafinowany estetyzm dominował również w sztukach plastycznych. Patrząc na dzieła wiktoriańskich malarzy, trudno uwierzyć, że powstały one w wieku pary i elektryczności.

W 1863 roku Bractwo Prerafaelickie jest już tylko wspomnieniem, ale żyje i działa jego spiritus movens – Dante Gabriel Rossetti. Artysta właśnie ukończył swój najsłynniejszy obraz „Beata Beatrix”. Wtajemniczeni wiedzą, że kobieta z zamkniętymi oczami to Elizabeth Siddal – muza i małżonka malarza, która sześć lat wcześniej przedawkowała laudanum. Dzięki Rossettiemu stała się prototypem owych rudowłosych „kobiet fatalnych”, które tak ukochali artyści końca XIX i XX wieku. Jej doczesne szczątki nie zaznały jednak spokoju. Wiktoriański Dante egzorcyzmował widmo swej  Beatrycze, bo zmagał się z kryzysem twórczym. W końcu ekshumował ciało Siddal, by wydobyć włożony nieopatrznie do trumny manuskrypt swych sonetów.

A czym żył Paryż, stolica świata? Oczywiście – skandalami, sztuką i literaturą. Styl Drugiego Cesarstwa był – nazywając rzecz po imieniu – nuworyszowski. Oddawał jednak aspiracje Napoleona III oraz bogacących się gwałtownie bankierów i burżujów. Hedonizm nowych elit skwapliwie wykorzystywały słynne paryskie kokoty.

Oto krótki opis przyjęcia, które wydała jedna z nich: „Po blinach z kawiorem goście gasili pragnienie winem St Emilion. Volnaya podano do gęsich wątróbek, a Chablis i Château d’Yquem do homara. Był tam auszpik z pawia i kuropatwy w szampanie. Do szparagów w sosie aurora i do kurcząt z paryską sałatą podano Château Lafite. Na wety były truskawki z nalewką wiśniową, mus owocowy i mille feuilles à la Pompadour z małmazją i sherry. Potem krążyły likiery i wszyscy wznosili toasty na cześć boskiej gospodyni”. Finał był godny całej imprezy – panowie pili poncz ze srebrnego nocnika kurtyzany.

Gdyby pod koniec 1863 roku zapytać paryskiego snoba, jaki malarz był gwiazdą sezonu, odpowiedź niezawodnie brzmiałaby:  Alexandre Cabanel. 40-letni artysta dobrze wiedział, jak utrafić w gust mecenasów. Na otwarcie Salonu zgłosił „Narodziny Wenus”. Bogini, otoczona przez skrzydlate  amorki, unosiła się na falach w leniwej, lecz kuszącej pozie. Dwóch innych malarzy wybrało ten sam temat, ale to Cabanel zgarnął pierwszą nagrodę.

Obraz zakupił cesarz, by ozdobić nim Pałac Elizejski. „Nigdy nie widziałem niczego, co by tak skutecznie i bezpośrednio schlebiało namiętności bankierów i maklerów giełdowych” – szydził malarz realista Jean-François Millet. Pewnie przemawiała przez niego zawiść, bo autor „Narodzin Wenus” wkrótce otrzymał Legię Honorową i członkostwo Akademii Sztuk Pięknych. Przetrwał też upadek Napoleona III. Już w czasach republiki  ozdobił freskami paryski Panteon.

W kręgach artystycznej bohemy narastał bunt i chęć sponiewierania narzuconych przez Akademię konwencji. Słowo „szczerość” odmieniano przez wszystkie przypadki. W 1863 roku jurorzy Salonu spośród pięciu tysięcy zgłoszonych prac odrzucili aż 2783. W sukurs niedocenionym nieoczekiwanie przyszedł cesarz, który rzuciwszy okiem na wzgardzone płótna zdecydował, że  mogą one zostać wystawione osobno, dwa tygodnie po otwarciu Salonu.

Nie wszyscy artyści skorzystali z tej szansy, bojąc się, że przylgnie do nich łatka skandalistów, a publiczność i krytyka okażą się bezlitośni. W Salonie Odrzuconych, udostępnionym publiczności 15 maja, zawisło 1200 obrazów 380 autorów. Pissarro, Cezanne i Whistler – te nazwiska jeszcze nic nikomu nie mówiły. Większość recenzji była jednoznaczna w wymowie. „Wystawa zarazem smutna i groteskowa”, „ze wszystkich głupot, do jakich zdolna jest twórczość, najbardziej głupie rodzi nie piśmiennictwo, lecz malarstwo” – pomstowała  prasa.

Edouard Manet, prywatnie dobrze sytuowany dandys, wystawił trzy płótna. Największe kpiny wywoływało „Śniadanie na trawie”. Nowatorski styl artysty uszedł uwadze zwiedzających, w przeciwieństwie do kobiety w stroju Ewy na pierwszym planie. Towarzyszący jej mężczyźni byli zapięci pod szyję. Co gorsza, autor nie zadbał o mitologiczne lub literackie alibi. Najwyraźniej rzecz działa się tu i teraz. Paryżanie nie byli gotowi na taką rewolucję. Woleli uznać, że obcują z parodią Rafaela, której dopuścił się degenerat pozbawiony elementarnego gustu i smaku.

Manet sam był sobie winien: postawił widza w roli klienta prostytutki, który właśnie przyniósł jej kwiaty. Wizerunek „samicy goryla”, atakowany parasolkami, musiano powiesić wyżej. Gromadziły się przed nim tłumy hipokrytów, by wyrażać swe oburzenie.

Sprawca zamieszania był zdruzgotany. „Teraz jesteś równie sławny jak Garibaldi” – zachwycał się jego przyjaciel Edgar Degas. 13 sierpnia 1863 roku zmarł Eugene Delacroix – pierwszy zbuntowany mistrz pędzla XIX wieku. Młodzi chcieli, by twórca „Olimpii” przejął żagiew rebelii. Manet bronił się przed tym rękami i nogami. Po latach zapewniał, że „nie miał ambicji obalenia starego malarstwa ani stworzenia nowego. Pragnął po prostu być sobą i nikim innym”.

Dziewięć dni po wybuchu Powstania Styczniowego do paryskich księgarni trafiła powieść pod intrygującym tytułem: „Pięć tygodni w balonie”. Rzecz, wystylizowana na dziennik ekspedycji, która rzekomo przemierzyła Afrykę ze wschodu na zachód, po drodze dokonując wielu odkryć (między innymi źródeł Nilu), była podpisana mało komu znanym nazwiskiem: Juliusz Verne.

Za to wydawca Perre-Jules Hetzel do żółtodziobów nie należał, wcześniej publikował „Komedie ludzką” Balzaka. W mig dostrzegł komercyjny potencjał nowego podopiecznego. Jeszcze przed ukazaniem się powieści zaproponował mu 20-letni kontrakt: dwa tomy rocznie za dwadzieścia tysięcy franków. Uszczęśliwiony Verne porzucił pracę na giełdzie i nie zwlekając przystąpił do pisania „Podróży na biegun północny”. W czerwcu, skończywszy pierwszy tom, donosił Hetzlowi: „naharowałem się niczym krzyżówka perszerona z koniem normandzkim”.

Przeczucie nie omyliło wydawcy. 35-letni Verne tworząc nowy gatunek literacki: powieść naukową, odkrył żyłę złota. W 1863 roku Czarodziej z Nantes zdołał ukończyć jeszcze jedną książkę. „Paryż w XX wieku” światło dzienne ujrzał jednak dopiero po 131 latach. Hetzel, zdegustowany pesymizmem fabuły (w zmechanizowanym świecie przyszłości humaniści są na wymarciu), wyperswadował bowiem pisarzowi publikację tekstu.

Nauka 
kontra wiara

Apostoł scjentyzmu August Comte nie żył już od sześciu lat, ale jego poglądy zdobywały coraz większą popularność. Nie tylko za sprawą lekkostrawnych powieści Verne’a. O atmosferze epoki wiele mówi fakt, że największy literacki skandal sprokurował naukowiec. Ernest Renan, syn bretońskiego rybaka,  studiował w seminarium duchownym, lecz księdzem nie został – za bardzo wierzył w rozum, a za mało w Boga. Był pracowity jak mrówka. Rychło  zyskał renomę wybitnego historyka, filologa i filozofa. W wieku 39 lat dostał katedrę języków orientalnych w College de France. Wykład inauguracyjny zachwycił liberałów i oburzył katolików. Minister edukacji rozstrzygnął spór, zawieszając profesora w pełnieniu obowiązków służbowych, lecz nadal wypłacał mu pobory.

Po takiej reklamie wydana w czerwcu 1863 roku książka Renana musiała stać się bestsellerem. W kilka dni sprzedano 20 tysięcy egzemplarzy „Życia Jezusa”. Autor podjął karkołomną próbę oczyszczenia historii chrześcijaństwa z mitów, a raczej z tego, co za mity uważał. W boskość Jezusa nie wierzył. Nazwał go „genialnym prostaczkiem”, który nadał żydowskiemu mesjanizmowi uniwersalny charakter i stworzył „religię absolutną”. Ta osobliwa egzegeza Pisma Świętego, opatrzona stemplem „naukowości”, stała się wodą na młyn antyklerykałów i osobistych nieprzyjaciół Pana Boga.

Skandal szybko przekroczył granice Francji. Papież Pius IX nazwał Renana bluźniercą, bardziej zapalczywi porównywali go do Judasza.  Według wiarygodnych wyliczeń w ciągu roku od ukazania się „Życia Jezusa” opublikowano 321 książek i broszur, w większości polemizujących z tezami francuskiego historyka.

W cieniu światopoglądowych sporów w październiku 1863 roku powstały dwie instytucje, które miały przed sobą wielką przyszłość: Międzynarodowy Czerwony Krzyż oraz Angielski Związek Piłkarski. Świat zmieniał skórę.

Wiesław Chełminiak

Autor jest krytykiem filmowym i historykiem

Artykuł ukazał się w dodatku dziennika „Rzeczpospolita” -  „Plus Minus”, który  powstał we współpracy z Narodowym Centrum Kultury