Wojciech Kossak, Moje lata dziecinne w Warszawie, II

     Były to czasy najgorsze, aresztowania doszły do zenitu. […]

Kto chce wyjść na ulicę, musi mieć legitymację, a wieczorem do tego jeszcze latarkę przyczepioną do paltota. Po domach wszyscy skubią szarpie[1] albo szyją bieliznę dla powstańców i zesłanych na Sybir. W przyciszonych rozmowach obijają się o nasze uszy dziwne nazwy: Nerczyńsk, Jakuck, Archangielsk, Semipałatyńsk. W głuchej ciszy wieczornej turkot paru dorożek…wiemy już wszyscy, nawet my dzieci, co to znaczy. Wiemy, że w tych dorożkach oficer, żandarmi i denuncjant, że kilkanaście kroków przed domem, do którego jadą, staną naraz wszystkie dorożki i że w mgnieniu oka okna pierwszego albo drugiego piętra zaświecą. W każdym tyłem do ulicy stanie żandarm, trzymając w obu rękach przyniesione ze sobą świece. Olbrzymie te cienie nie ruszą się aż do skończenia rewizji. Tymczasem oficer rewiduje wszystko, a służba i dzieci w swoich pokojach pod strażą odkomenderowanych do tej funkcji , a nie dających im się ruszyć z miejsca żołnierzy.

     Pewnego wieczoru, uściskawszy rodziców na dobranoc, zostawiliśmy ich przy stole w jadalnym pokoju smutnych i niespokojnych. Przy dochodzącym do naszego dziecinnego pokoju szmerze samowaru i tykotaniu zegara, zmówiwszy pacierz położyliśmy się spać. Zaledwie kamiennym, dziecinnym snem zasnąłem, zbudziło mnie wrażenie, że ktoś ostrożnie siadł na moim łóżeczku. Otwieram na pół oczy i widzę przy świetle lampki nocnej żołnierza w szynelu i w czapce, z karabinem z nasadzonym bagnetem. Siedzi na moim łóżku i, patrząc na mnie, daje mi znak palcem do ust, abym cicho leżał. Z jadalnego pokoju światło tak samo dochodzi, samowar mruczy tak samo i zegar tykoce – to chyba mi się śni. Otwieram oczy szerzej… siedzi i patrzy na mnie…Ostrożnie wysuwam głowę, patrzę na łóżko Tadeusza… i na nim taki sam piechur siedzi.

        Rewizja, jak zwykle. Weszli niespodzianie bez dzwonka, bez pukania, rodzicom z miejsc ruszyć się nie pozwolili. Oficer, z lodowata grzecznością, poprosił ojca o klucz do pracowni, matkę zaś o klucz od biurka. Przerzucili wszystko, przeglądnęli i przetrząśli papiery i listy, nawet pakiet listów pisanych przez mego ojca do matki jako narzeczonej; do jednej łazienki nie weszli, a tam właśnie był ów karygodny obraz.

       Widocznie patriotka Marysia wpuściła kiedyś pod nieobecność moich rodziców swoich przyjaciół zaufanych do domu, aby im ten cudny obraz pokazać, i albo się któryś wygadał w warsztacie, albo denuncjował wymieniając pracownię jako miejsce, gdzie obrazu szukać należy.     

c.d.n. 

za: W. Kossak, Wspomnienia, Warszawa 1971 r. s.52 – 53


[1] Materiał opatrunkowy stosowany przed wynalezieniem gazy, przygotowywany z pasów płótna. Szarpiąc paski materiału, rozluźniano splot, przez co tkanina łatwiej wchłaniała wydzieliny.