Wojciech Kossak, Moje lata dziecinne w Warszawie, III

        Babka nasza mieszkała na ul. Świętokrzyskiej[1]. Z okien jej mieszkania widać było ogród pałacu Zamoyskich[2]. Idąc do niej z naszą boną, Karpińską, byliśmy zaledwie kilka kroków od pałacu, gdy z piętra zamieszkanego przez akademików rzucono bombę na namiestnika

hr. Berga[3] Huk, dźwięk szyb potłuczonych i krzyki rannych mieliśmy zaledwie usłyszeć, bo przytomna stara Karpińska porwała nas obu i wpadła w ulicę Świętokrzyską do bramy domu naszej babki. Szczęśliwie uniknęliśmy Czerkiesów.   

         Nazajutrz z okien domu Karasia, gdzie mieszkali znajomi moich rodziców, patrzyliśmy z przerażeniem na wielka kupę dymiących popiołów u stóp pomnika Kopernika, otoczoną kordonem. Okna pałacu Zamoyskich z powyrywanymi ramami patrzały także na te zgliszcza. W dymie ciągnącym się smugami dopalały się resztki pamiątek po Chopinie, jego fortepian i listy do matki wyrzucone przez okno.

     Nie było niemal tygodnia tej smutnej wiosny, aby który z wujów albo stryjów naszych nie zjawiał się nagle w domu rodziców. Ku naszemu zdziwieniu każda taka wizyta teraz zostawiała matkę naszą we łzach a ojca osowiałego. To wujowie i stryjowie moi, ekwipując się do powstania przychodzili się żegnać. Młodzi i dzielni szli na nędzę i tułaczkę po lasach, bo jakżeż im, szlachcie, siedzieć było w domu, kiedy poszli rzemieślnicy i chłopi. Bili się z animuszem i fantazja kawalerską, gdzie się dało, ale dwóch tylko wróciło do swoich. Leon Kossak ciężko ranny, został zesłany na Syberię, skąd wrócił schorzały po siedmiu latach. Czesława Pułaskiego dobito na pobojowisku. […]

       Były to najgorsze czasy. Powstanie upadało. Szubienice stawiano dla przykładu nie tylko na stokach Cytadeli, ale już na placach publicznych. Zdarzało się więc, że albo u wylotu Żabiej na plac Bankowy, albo na Bielańskiej na plac Teatralny, fartuch albo peleryna  Karpińskiej niespodziewanie okrywały nam głowy i, nim mieliśmy czas spojrzeć na to straszne widowisko, zawracała nas z powrotem. […]

        Co dzień prawie służba znajomych albo krewnych wpadała z wieścią, że naszego pana wzięli dziś do Cytadeli. Denuncjacje i aresztowania stały się strawą codzienną. Nastrój ogólny doszedł wprost do rozpaczy. W tych to czasach nabrałem najgłębszego kultu i szacunku dla polskich kobiet. Nie sądzę, aby moja bliższa i dalsza rodzina była pod względem hartu ducha, spokoju i rezygnacji jej kobiet, bogatsza od każdej innej, równie rdzennie polskiej, a w mojej widziałem tylko takie.

       W tym czasie ks. Napoleon Bonaparte miał w Izbie deputowanych w Paryżu gorącą mowę za sprawą polską[4]. Nie wiem, czy to emigracja, czy też Rząd Narodowy prosił mojego ojca, aby wykonał obraz większych rozmiarów, mający być dowodem wdzięczności Polaków dla księcia Napoleona za tę mowę .

        Ojciec mój, nie dbając, czym to groziło, wziął się natychmiast do dzieła i wykonał wielka akwarelę, przedstawiającą wyjście oddziału Taczanowskiego z Pyzdr w Kaliskiem. […] Wszystko tam wzięte z życia i prawdziwe, sylweta tego starego miasteczka i starszyzna jadąca na czele, i szeregowi, między nimi ksiądz Rafał, kapucyn w habicie i słomianym kapeluszu a z dubeltówka na plecach; panie w powozach spłakane, moja babka i ciotki, Pułaska i Wyganowska, żegnają się z młodymi mężami, a małe chłopaki wiejskie, uginając się pod widłami, ciągną także na wojnę.

        Były to czasy najgorsze, aresztowania doszły do zenitu. Mój ojciec zrobił na prośbę swoich przyjaciół przynajmniej to ustępstwo, że po robocie w pracowni kazał zamykać obraz w łazience.

c.d. n

za: W. Kossak, Wspomnienia, Warszawa 1971 r. s.52 – 58




[1] Róg Świętokrzyskiej i pl. Dzieciątka Jezus (dzisiaj pl. Warecki)

[2] Ul. Nowy Świat 67/69

[3] 19 września 1863 r.

[4] Napoleon Józef Bonaparte, książę Plon-Plon, stryjeczny brat cesarza Napoleona III, wygłosił tę mowę w senacie francuskim 18 marca 1863 r.