Sztyletnicy

Rano dnia 2 maja zakradli się do galeryi oszklonej, a gdy Miniszewski wychodził w szlafroku i naturalnie bez broni, wypadli z ukrycia i zadali mu trzy śmiertelne rany w szyję, serce i piersi, tak, że nie wydawszy najmniejszego okrzyku, jak piorunem rażony, runął na ziemię. Sztyletnicy najspokojniej zeszli z galeryi i napotkanemu w bramie policjantowi powiedzieli, by poszedł na górę, gdyż komuś tam zrobiło się słabo!” – tak rosyjski historyk Nikołaj Berg opisywał typową akcję sztyletników, polskich oddziałów, których zadaniem było egzekwowanie wyroków podziemnych sądów i dokonywanie zamachów na przedstawicieli carskich władz.

W szlafroku na „galeryi oszklonej” zginął Józef Aleksander Miniszewski, publicysta  „Dziennika Powszechnego”, który wspierał uznawanego przez władze powstańcze za zdrajcę naczelnika rządu Królestwa Polskiego Aleksandra Wielopolskiego.

Odtworzenie historii sztyletników to dla historyków twardy orzech do zgryzienia. V Oddział Żandarmerii, bo tak formalnie nazywał się wydział polskiej podziemnej policji, który zyskał sobie to miano, był konspiracją w konspiracji. Ze względów bezpieczeństwa sztyletnicy nie prowadzili żadnych rejestrów ani archiwów. Ci zaś spośród nich, którzy dostali się w ręce carskiej policji, często uparcie milczeli, zabierając swoje historie do grobu. Losy, a nawet nazwiska wielu sztyletników do dziś pozostają nieznane.

Wiadomo, że organizację powołał do życia jeszcze przed Powstaniem Styczniowym Komitet Centralny Narodowy, czyli konspiracyjne władze prącego do powstania stronnictwa czerwonych. V Oddział Żandarmerii miał dwa zadania: chronić konspiracyjne władze polskie oraz egzekwować wyroki powstańczych sądów. Państwo podziemne nie dysponowało więzieniami. O ile za pomniejsze przestępstwa mogło wymierzać chłostę lub grzywnę, o tyle poważne wykroczenia musiało karać śmiercią. Sztyletnicy byli egzekutorami.

Szacuje się, że na terenach Królestwa Polskiego zginęło z ich ręki zginęło niemal tysiąc osób.  Nie wszystkie zabójstwa dokonywane były za pomocą sztyletów. W małych miasteczkach i wsiach kolaborantów i zdrajców wieszano na szubienicach. W dużych miastach konfidenci, szpiedzy i carscy urzędnicy odpowiedzialni za prześladowania Polaków ginęli w wybuchach bomb i od strzałów z rewolwerów. Sztyletnicy dokonywali zamachów na oficerów i generałów carskiej policji, poborców podatkowych, dostawców zaopatrzenia dla rosyjskiego wojska, a także na zdrajców we własnych szeregach.

Najwięcej wiemy o warszawskich sztyletnikach, którzy zyskali  sobie wśród Rosjan ponurą sławę. Na co dzień dorożkarze, szewcy, czeladnicy w warsztatach i cyrulicy, dowodzeni przez 24-letniego syna stolarza Emanuela Szafarczyka, wymyślali coraz to nowe sposoby ominięcia zabezpieczeń. Przebierali się za urzędników, oficerów, policjantów i przeprowadzali zamachy w biały dzień, wchodząc ze sztyletami schowanymi za paskiem do prywatnych mieszkań. W ten sposób zginął, pchnięty nożem we własnym domu, Aleksander Mirza Tuhan-Baranowski, wysoki funkcjonariusz carskiej policji odpowiedzialny za represje wobec warszawiaków.

Warszawskim sztyletnikom nie udały się jednak te najważniejsze akcje. Jeszcze przed powstaniem niepowodzeniem zakończyły się zamachy na namiestnika Królestwa Polskiego wielkiego księcia Konstantego Mikołajewicza i Aleksandra Wielopolskiego, którego dwaj sztyletnicy Jan Rzońca i Ludwik Ryll próbowali zabić nożem z ostrzem pokrytym strychniną. We wrześniu 1863 roku nie powiodła się akcja wymierzona w Fiodora Berga, zastępcę namiestnika. Bomby rzucone na jego powóz nie wyrządziły mu żadnej krzywdy. W odwecie za próbę zamachu carscy żołnierze zdemolowali kamienicę przy warszawskim Nowym Świecie, z której wyrzucono bomby. To wtedy o bruk roztrzaskał się fortepian Fryderyka Chopina.

Adam Tycner

Wywiad pochodzi ze specjalnego wydania magazynu „PlusMinus”, wydanego we współpracy z Narodowym Centrum Kultury.